Ciało

Potęga mowy ciała – Amy Cuddy na TED-zie

Czy zmieniając samą postawę ciała możemy zmienić swój nastrój ?
Czy kiedy jesteśmy zestresowani przed ważnym egzaminem, rozmową kwalifikacyjną czy wystąpieniem publicznym, wystarczy, że przybierzemy zrelaksowaną pozę, by poczuć się lepiej ?

Do niedawna nie byłam skłonna uwierzyć w podobną teorię. Co otworzyło mi oczy i pozwoliło dostrzec siłę, jaka drzemie w mowie ciała ? TED-owskie przemówienie Amy Cuddy, pełnej ciepła i pozytywnej energii pani psycholog, która swoją prezentacją pokazała, jak ważna w naszym życiu jest prawidłowa postawa. Jeśli całym sobą prezentujemy, jacy jesteśmy wystraszeni, zmęczeni, przytłoczeni, nieśmiali, skryci i zamknięci w sobie – stajemy się tacy naprawdę. Pozwalamy swojemu ciału wpływać na własne myśli i nastawienie każdego dnia, a najgorsze – i najbardziej ekscytujące zarazem – jest to, że w większości przypadków nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Na szczęście ta reguła działa w obie strony. Możemy przyjąć postawę silnego, pewnego siebie, wartościowego człowieka, który wie, czego chce i dumnie kroczy przed siebie – wtedy działamy na własną korzyść. Możemy przekazywać osobom, z którymi się spotykamy, cząstkę tego nastawienia, służyć jako przykład, pokazywać innym, że zasada „fake it till you make it” naprawdę działa! Język ciała jest istotny w naszym funkcjonowaniu, ponieważ – na równi z cechami charakteru, wyglądem zewnętrznym i zainteresowaniami – kształtuję naszą osobowość! Fascynuje mnie i przeraża jednocześnie myśl, że zmieniając pozę, mogę zmienić sposób myślenia i postrzegania świata. Również obserwując mowę ciała moich znajomych, sąsiadów czy członków rodziny mam niepowtarzalną okazję, by zobaczyć, jak postawa wpływa nie tylko na ich zachowanie, ale i na nastawienie osób, z którymi rozmawiają.
Dużo przyjemniej prowadzi się konwersację z osobą uśmiechniętą, zwróconą w naszą stronę całym ciałem, a nie tylko odwracającą głowę od czasu do czasu, by odpowiedzieć zdawkowo na zadane przez nas pytanie. Dlaczego ? Ponieważ taki rozmówca okazuje nam szacunek i uwagę, sprawia wrażenie, że naprawdę interesuje go to, co właśnie mówimy. A my tego właśnie pragniemy – zainteresowania drugiej strony. Tylko tyle i aż tyle.

Morał z tej bajki jest prosty – pozuj tak, jak chcesz się czuć. Twoje ciało może być narzędziem do dzielenia się z ludźmi pozytywną energią, radością i pasją życia. Oczywiście, jak w każdej dziedzinie, praktyka czyni mistrza. Próbuj. Eksperymentuj. Ćwicz. Każdego dnia! Zacznij najlepiej od TERAZ. Wyprostuj się. Odetchnij głęboko, pełną piersią. Rozluźnij mięśnie. Wyszczerz się do swojego odbicia. Zamknij oczy i zadaj sobie pytanie – kim chcę się stać ? Może pragniesz zamienić się w przedsiębiorczą, dumną i wyniosłą bohaterkę ukochanego serialu lub w ekspresyjną, pełną wdzięku tancerkę baletową ? Na co jeszcze czekasz ? Graj i baw się mową ciała! 🙂

Jeśli udało mi się zaintrygować Cię tematem dzisiejszego tekstu, odsyłam na stronę TED-u, gdzie znajdziesz wspaniałe wystąpienie Amy. Po obejrzeniu jej przemówienia miałam wrażenie, że mogę dokonać wielkich zmian za sprawą drobnych gestów. Ludzie, którzy pozwalają innym uwierzyć w podobną magię, zasługują na gorące oklaski!

P.S Wiem, że długi czas byłam nieobecna, a na blogu panowała cisza jak makiem zasiał. Wielu z Was myślało pewnie, że się poddałam, że zapomniałam i porzuciłam pisanie. Nic z tych rzeczy! Potrzebowałam czasu, by naładować akumulatory, zrobić porządek z chaosem pomysłów, posegregować je w głowie i nadać im odpowiednią kolejność. Efekt jest taki, że o godzinie jedenastej wieczorem siedzę przy biurku i klepię w klawiaturę i chociaż zmęczona, to jestem w siódmym, ósmym, a nawet dziewiątym niebie :). Tęskniłam za blogowaniem! Na dzisiaj koniec, za to jutro serwuję Wam Subte(linki). Trzymajcie rękę na pulsie!

Subtelna

Zwykły wpis
Ciało

Oczy nie kłamią, czyli jak dostrzegłam w sobie piękno

Dzisiejszy post powstał dla Krufki – blogerki, która na swojej stronie rozpoczęła cykl pt. „Mój przepis na piękno” i zaprosiła do współpracy koleżanki po fachu.
Dziewczyny pisały kreatywne, fascynujące, wciągające posty, a ja łykałam je z wypiekami na twarzy (nawiasem mówiąc, jestem pełna podziwu dla blogerek, które tworzą teksty w tak dobrym stylu, że czyta się je jednym tchem).
Dzisiaj nadeszła moja kolej, by podzielić się z Wami moimi przemyśleniami i spostrzeżeniami.
Poniższy tekst ciężko zakwalifikować do serii o pięknie – jego fragmenty przypominają historię ku przestrodze, mają na celu uświadomić moim rówieśniczkom powagę sytuacji – jednak znalazłoby się kilka zdań, które pasują do tego magicznego cyklu.
Chciałam stworzyć wpis prawdziwy.
Proszę was o wyrozumiałość – jest to mój pierwszy post tak intymny i szczery, w którym opowiadam ze szczegółami, co mnie spotkało i ukształtowało.
Co sprawiło, że znalazłam się TUTAJ, właśnie w tym miejscu.
Nie było łatwo.
Ale efekt wynagrodził ciężką pracę! 🙂

IMG_3494
Piękno…
Zależy od punktu widzenia.
Jeśli jesteśmy wrażliwi na piękno, potrafimy dostrzec je w pierwszych płatkach śniegu. Zielonej, soczystej trawie. Złocistych kasztanach wyglądających z zielonych łupinek.
Locie łabędzia. Pełnym gracji kroku tancerki. Melodii, która harmonizuję z naszymi emocjami i umiejętnie na nich gra.
Tafli wody, która odbija blade światło księżyca.
Słowem – w rzeczach, czynnościach, osobach, które widujemy codziennie.

Ale czy potrafimy dostrzec piękno w sobie samym?
Czy jesteśmy w stanie uwierzyć, że w nas także jest ten czar, że rozświetla nas blask, magiczne światło, które inni potrafią dostrzec w mgnieniu oka, my jednak musimy bardziej się napracować?
Tak czy nie?

Jeszcze rok temu moja odpowiedź brzmiałaby: zdecydowanie nie.
Taka właśnie BYŁAM – zdecydowana.
Kiedy postanowiłam zmienić się całkowicie (co było dużo prostszym rozwiązaniem, niż zaakceptowanie całokształtu – siebie ze wszystkimi zaletami, jak i wadami, słabościami), dokonałam tego!
Schudłam, zmizerniałam, z uśmiechniętej, radosnej, promiennej dziewczyny zmieniłam się w szarego, chudego, nienawidzącego siebie ponuraka.
Rodzina mnie nie poznawała. Na ich oczach przeszłam metamorfozę, która bynajmniej nie wyszła mi na dobre.
Z resztą, moi bliscy sami nie byli zachwyceni – raczej zdumieni, przerażeni, smutni i bezradni. Współczuli mi, a jednocześnie bali się do mnie odezwać. Już nie byłam dziewczyną, jaką znali.
Stałam się najgorszą wersją samej siebie.
Nadmiernie się ulepszając, uszkodziłam swój delikatny organizm.

Taak, w tym feralnym roku 2011 zadałam sobie wiele bólu. Przeszłam depresję, wstręt do swojego ciała, lęk przed spojrzeniem w odbicie. Bałam się, że oczy (które przez okres mojej choroby nie zmieniły się wcale, najwyżej posmutniały) powiedzą mi prawdę przed którą uciekałam:
Dziewczyno, jesteś chora na anoreksję!

Zajmowałam się więc dalej tym, co wychodziło mi najlepiej – gapieniem się na zmieniające się z prędkością błyskawicy numerki na wadze.
Spadały.
Nie czułam jednak satysfakcji.

Tak BYŁO dwa lata temu. Od tego czasu wiele się zmieniło.
Nauczyłam się akceptować siebie. Nie było lekko – wciąż miałam w pamięci ten kryzysowy rok, wystarczyło zamknąć oczy i już mogłam zobaczyć dawną siebie – tą „ulepszoną”, tak perfekcyjną, idealną w każdym calu…
STOP!
Krzyczałam w duchu.

Anoreksja nie jest powodem do dumy. Raczej dowodem władzy umysłu nad ciałem. Chore dziewczyny widzą siebie jak w krzywym zwierciadle, niczym w źle dobranych okularach. Krzywo, nieostro, bezkształtnie.
Wydają się sobie brzydkie, nieatrakcyjne, przezroczyste.
Chcą się widzieć właśnie w ten sposób, bo wtedy mają pole do popisu – mogą poprawiać się do woli, bez końca!

Trzeba czasu, żeby dostrzegły „jasne strony mocy”. Cierpliwości i wyrozumiałości. Kogoś, kto wyciągnie do nich rękę, wskaże drogę prowadzącą do samoakceptacji.
Potrzeba osoby, która stanie się dla nich drogowskazem i inspiracją, na której będą mogły polegać!

Trafiłam na właściwą osobę i odnalazłam odpowiednią drogę. Wypłynęłam na powierzchnię, wzmocniłam się.
Ścięłam włosy na krótko, zaczęłam podkreślać swoje atuty, zauważać zalety.
Zobaczyłam siebie w pełnej krasie.
Ten obraz mi się spodobał.
Ciało było ładne, zdrowe, zadbane. Włosy modnie przystrzyżone, jasne, odzyskały dawną gęstość i blask. Honorowym gościem na mojej twarzy był uśmiech – później przychodził już bez zaproszenia!
A oczy mówiły:
Jesteś piękna dziewczyno! Możesz być z siebie dumna! :).

Zwykły wpis
Ciało

Przepis na nieszkodliwą i pyszną nutellę

Dzisiaj postanowiłam zatroszczyć się o „Polub kuchnię”, który to dział ostatnio haniebnie zaniedbałam. Rzuciłam się w wir recenzji, relacji z wakacji, pisania, co tylko mi ślina na język przyniesie…
Jednak o jedzeniu zapomniałam!

Cudem wykradłam mamie przepis na zdrową i nieszkodliwą nutellę;).
Nasz czekoladowy krem przypomina konsystencją i smakiem rozpuszczone brownie, idealnie pasuje do naleśników, a dodatkowo posypany owocami (u mnie były to borówki i pokrojony banan) nie jest mdły jak klasyczna nutella.
Oprócz tego ma jeszcze jedną zaletę – jest sycący!
Znakomity na wakacyjne śniadanie…

Składniki:

– szklanka uprażonych i otartych ze skórki migdałów (najpierw prażymy na patelni, później przekładamy w ściereczkę i delikatnie trzemy – skórka sama odejdzie)
– tabliczka gorzkiej czekolady (np. Wedla)
– tabliczka mlecznej czekolady
– 1 i 1/2 szklanki mleka sojowego (zamiast sojowego może być zwykłe lub kokosowe, owsiane)

Przygotowanie:

Wszystkie składniki wrzucamy do blendera lub Thermomixa, następnie miksujemy na wysokich obrotach, aż uzyskamy gładką, kremową konsystencję. Przekładamy do szklanego słoika lub szczelnego pudełeczka. Podajemy z naleśnikami, chlebem, owocami, płatkami migdałów…
Czego tylko dusza zapragnie!:)

SAM_1000
SAM_1006
Smacznego!

P.S Jestem już w połowie „W dżungli podświadomościBeaty Pawlikowskiej. Czyta się szybko i przyjemnie, a że lektura niesamowicie inspiruje, już szykuje się recenzja!
Mam 100 pomysłów na minutę, jeden lepszy i bardziej zwariowany od drugiego!
Dziękuję Ci, N, że poleciłaś twórczość Pawlikowskiej na swoim blogu:). Gdyby nie Twój post, pewnie nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę!
S

Zwykły wpis
Ciało

Skompletuj własną „małą białą”!

Jest uwielbiana przez kobiety. Ciemna, elegancka i uniwersalna, bo nadaje się na każdą okazję. „Mała czarna” kojarzy się z takimi ikonami stylu jak Audrey Hepburn i Coco Channel, z wytwornymi Paryżankami, kobietami stylowymi i pewnymi siebie. Na czym polega fenomen „małej czarnej„?
Wyszczupla. Każda dziewczyna wygląda w niej zgrabnie.
Jednak dla wielu z nas jest po prostu nieosiągalna!
Większość z nas nie może sobie pozwolić na luksus posiadania sukienki od znanej marki czy projektanta.

Dlatego dzisiejszy post adresuję do dziewczyn kreatywnych, odważnych i lubiących eksperymentować. Kiedy upał daje się we znaki, a my zastanawiamy się, co na siebie założyć, zazwyczaj narzekamy, że dawno nie byłyśmy na zakupach, marzymy o sukienkach znanych marek, kiedy najlepsze mamy dosłownie pod nosem.
Jaki jest temat dzisiejszego wpisu?
Mała biała„!
Delikatna, mniej znana siostra przebojowej „małej czarnej„.
No tak -pomyślicie pewnie- kolejny wymysł subtelnej, która sukienek ma milion i jeszcze nam radzi, jak mamy się ubrać!„.
Więc ja Was zaskoczę – „małą białą” można stworzyć z niemal wszystkiego!
Kiedy następnym razem otworzycie drzwi szafy i będziecie łamały sobie głowę nad ciuchami, przejrzyjcie półki. Wierzcie mi, na pewno znajdziecie jakiś biały element. Może to być jasna bluzka lub spódnica, tunika, a jeśli wpadnie Wam w ręce biała sukienka, to już będzie pełnia szczęścia!
A teraz, kiedy już trzymacie w ręce jasny element garderoby, puśćcie wodze fantazji :). Do jasnej bluzki dodajcie długie kolczyki lub bransoletki, białą spódnicę lub spodnie, sandały, okulary przeciwsłoneczne, ewentualnie jakieś nakrycie głowy…
Wydaje Wam się, że to nie ma sensu?
Przynajmniej spróbujcie!
Jest tyle możliwości!
Umiejętne łączenie ze sobą różnych elementów garderoby to wielka frajda i świetny sposób na zabicie nudy. Może nawet odkryjecie swoją nową pasję i założycie bloga o tematyce DIY (do it yourself, zrób to sama).
Kto wie?
Jedno jest pewne – warto od czasu do czasu wysilić mózgownicę i spędzić wakacje kreatywnie! Wystarczy, ze wyobrazicie sobie efekt swojej pracy: zjawiskowy strój, w którym wyglądacie jak milion dolarów, a przecież nie wydałyście ani grosza!
Odczarujcie swoją garderobę, a uświadomicie sobie, że do szczęścia nie jest Wam potrzebna markowa sukienka, tylko zmiana :).
Proste rozwiązania są często najlepsze.

Teraz w szafie mam aż dwie „małe białe„. Klasyczną – jest to luźna sukienka z lekkiego materiału (świetnie sprawdza się w gorący dzień) i skompletowaną – składa się z białej bluzki i tego samego koloru spódnicy. Dodaję do nich różne dodatki, aby nadać każdej z nich niepowtarzalny charakter.

Zestaw 1- Klasyczny

20130801-152618.jpg
Zestaw 2 – Skompletowany

20130801-152918.jpg
Dla mnie to „mała biała” jest fenomenem- każda dziewczyna wygląda w niej świeżo i promiennie.
P.S W taki sam sposób możecie stworzyć własną wersję „małej czarnej
S

Zwykły wpis
Ciało

All..that…jazz!

Wczoraj wzięłam udział w lekcji jazzu w jednej z warszawskich szkół tańca. Była to 1 lekcja z pięciodniowego kursu, na który się zapisałam.
Muszę przyznać, ze na początku trochę się bałam. Słyszałam, że instruktorka jazzu jest naprawdę wymagająca, nawet dla grupy początkujących. Zastanawiałam się, czy wśród uczestników zajęć będą jacyś zarozumiali i złośliwi „profesjonaliści”, którzy przyszli na zajęcia dla początkujących tylko po to, aby pokazać innym, jacy są doskonali.
Jasne, było kilka takich osób!
Ale zdecydowana większość przyszła na lekcje, żeby się NAUCZYĆ jazzu. Możliwe, że byli tak samo zdezorientowani i niepewni jak ja ;).
Pozytywnie zaskoczyła mnie także instruktorka. Wesoła blondynka, z uśmiechem na ustach. Wymagająca, ale wyrozumiała. Kiedy byłyśmy już wyczerpane powtarzaniem układu do piosenki „So cold” Nikishy Reyes (którą pod koniec zajęć znałam na pamięć), trenerka wygłaszała różne śmieszne teksty:
„Boli? To dobrze, to znaczy, że żyjesz!”
„A teraz ćwiczymy „mięsień bye bye.””
„Ułóżcie ręce tak, jakbyście trzymały bardzo szczupłego partnera.”

Z czasem robiło się mniej zabawnie:
Ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. I jeszcze raz. Nie poddawać się! Wiem, że jest ciężko, na początku zawsze tak jest. Dobrze! Głowa wyżej, kolana proste, palce – point! Nie garbić się! Przedostatni raz…ostatni… Wystarczy!

Tak wyglądała pierwsza połowa lekcji. Później zostaliśmy podzieleni na 2 grupy – każda musiała tańczyć przed członkami przeciwnej.
Układ, który szlifowaliśmy od początku zajęć. Stresujące, ale naprawdę pouczające. Kiedy stanie się po drugiej stronie, w roli obserwatora, nagle cały układ nabiera sensu. Ruchy stają się płynne i zsynchronizowane, zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy ćwiczysz, a za plecami masz resztę swojej grupy i nie wiesz, co się z nimi dzieje.
Powtarzaliśmy. Każda grupa po 6 razy. A na końcu wszyscy razem. Kiedy prowadząca ogłosiła koniec zajęć, byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi.

Znam już werdykt. Muszę poćwiczyć piruety, wypracować równowagę podczas obrotu.
Uśmiech też jest ważny. W ten sposób sprawiamy wrażenie pewnych swoich ruchów, rozluźnionych. Widać, że robimy to, co kochamy. Nawet jeżeli jesteśmy wyczerpani.

Taniec to dla mnie prawdziwe lekarstwo na wakacyjną nudę. Nauka jazzu daje mi okazję do pracy nad sobą. Wymaga dyscypliny i silnej woli, regularności, systematyczności, wiary w siebie. Podczas półtoragodzinnych zajęć można oderwać się od rzeczywistości, problemów, zapomnieć o całym świecie :). Wyciszyć się i uspokoić, albo wręcz przeciwnie – nabrać energii!
Każdy czerpie z jazzu to, co jest mu potrzebne.
I to jest właśnie najpiękniejsze!
jazzik
http://www.danceclasses-studio19.com
jazzz
http://www.themercury.com.
Dancejazz
http://www.jazzdancefactory.com
A skoro mowa o jazzie- nie może zabraknąć świetnego musicalu „Chicago”!
chicago
http://www.alliedpra.com
S

Zwykły wpis
Ciało

Metadieta, czyli kulinarne domino

Wydaje Ci się, że zdrowo się odżywiasz. W końcu śniadanie złożone z kawy z mlekiem, lunch w postaci małej kanapki z łososiem i pół pizzy na kolację to niewiele jedzenia. Taka dieta na pewno nie spowoduje tycia, wyrzutów sumienia i rozleniwienia. Przynajmniej tak ci się wydaje. Tak naprawdę jednak NIE MASZ POJĘCIA czym jest zdrowa dieta. Gdybyś wiedział, nie czułbyś się głodny i zmęczony cały dzień. Byłbyś skoncentrowany, spokojny, zadowolony i… najedzony. Taak, dobrze przeczytałeś. Zdrowe odżywianie i uczucie sytości – te dwie rzeczy bynajmniej się nie wykluczają. Rusz tylko głową i zastanów się, co mógłbyś zmienić w swoim jadłospisie, aby czuć się lepiej, a nie głodować…

Niedawno przeczytałam niezwykłą książkę o intrygującym tytule „Metadieta”. Nie jest to poradnik, jak zrzucić 5 kg w 2 tygodnie, wcisnąć się w wymarzoną sukienkę, czy olśnić przyjaciółki zjawiskowym wyglądem. Gosia Waluszewska, autorka, nie namawia nas do głodówki i wyrzekania się przyjemności płynącej z jedzenia. Opisuje tylko, jak według niej wygląda zdrowe podejście do pożywienia – także niezdrowego. Radzi, jak zrobić domową chałwę, czym kierować się przy wybieraniu produktów na zakupach – metoda „Czego nie rozpoznałaby moja prababcia” podbiła moje serce, nie tylko ze względu na swoją prostotę (wystarczy, że zrobimy mały przegląd naszej lodówki i już będziemy mieć jasny obraz, jakich produktów nigdy nie kupiłby żaden z naszych przodków). Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że to, co je, wpływa na jego życie. Dlatego jest tak wielkie zapotrzebowanie na dające błyskawiczne efekty „diety cud”, magazyny typu „Shape” czy „Women’s Health”, poradniki traktujące o pięknie szczupłego ciała i o tym, jak to piękno osiągnąć (najlepiej szybko i bezboleśnie).

Mój blog ma tytuł „Polub siebie”. Kategoria „Polub ciało” jest tutaj niezbędna. Jak polubić całego siebie, nie akceptując swojego ciała? Nie da się!
Z drugiej strony ciężko jest zaakceptować własne odbicie w lustrze, kiedy świat wokół nas wariuje na punkcie smukłej sylwetki. Prawdziwe błędne koło.
I jak tu się nie pogubić?

„Metadieta” może nam pomóc odnaleźć właściwą drogę. Pod jednym warunkiem- że wskazówki w niej zawarte potraktujemy ZDROWO, z przymrużeniem oka.
Nie zawsze mamy wystarczająco dużo czasu i energii, aby dobrze się odżywiać. Czasami po prostu CHCEMY zjeść coś słodkiego, poprawić sobie humor czekoladą czy pachnącym, domowym ciastem. Nie ma wtedy nic gorszego, niż odmawianie sobie.
Chcesz to zjeść?
Droga wolna!
Pamiętaj tylko o podstawowej zasadzie – Metadieta to mikro kroki do makro zmian. Dla ciebie mikro krokiem może być zjedzenie połowy batonika, zamiast całego. Dla kogoś innego – jednego, zamiast dwóch. Każdy krok, nawet najmniejszy, doprowadzi do zmiany. A (jak wielokrotnie zaznacza autorka) każda zmiana ciągnie za sobą kolejną. Słowem – kulinarne domino.

Metodę Gosi Waluszewskiej możemy zastosować właściwie w każdej dziedzinie – nie tylko w kwestiach kulinarnych. Takie mikro kroki mogą nam pomóc np. w nauce do ważnego sprawdzianu. Skupiamy się na naszym celu i zastanawiamy, co możemy zrobić, aby przynajmniej zbliżyć się do jego osiągnięcia. Wyznaczamy sobie własną ścieżkę, złożoną z małych kroczków.

Ja chciałabym regularnie pisać na blogu. W tym celu co kilka dni siadam przed komputerem i piszę. Nie ma, że bez sensu, że głupio i nic nie idzie. Czasem trzeba się po prostu spiąć i zacisnąć zęby. A przede wszystkim – wierzyć w siebie i swoje możliwości.
Po ukończeniu wpisu przeglądam go po kilka razy, czasami nie wstawiam, bo coś mi nie pasuje (zazwyczaj to jakiś mały, nic nieznaczący drobiazg), częściej jednak okazuje się, że temat był strzałem w dziesiątkę.

Dlatego warto próbować. Moim zdaniem Metadieta na tym właśnie polega. Na próbowaniu. Nawet jeżeli cel wydaje się odległy i niemożliwy do osiągnięcia.
I wiecie co?
To wcale nie jest takie trudne!

P.S Poznałam Gosię Waluszewską podczas pobytu w Sopocie. Jest naprawdę miłą, kreatywną i inspirującą osobą. Tylko więcej takich ludzi! 😉
IMG_4206
IMG_4235
A jeżeli chcielibyście dowiedzieć się więcej o Metadiecie, czym jest dokładnie i jak stosować ją w praktyce, cenne wskazówki znajdziecie TUTAJ.

Zwykły wpis
Ciało

Finally: Spring clothes change

Dzisiaj rozpoczął się mój ulubiony miesiąc w roku – czerwiec. Coraz bliżej do lata!
Z okazji Dnia Dziecka zamieszczam mało wymagający post- prostą, minimalistyczną, wiosenną stylizację. Zdaję sobie sprawę, że nie jest ona szczególnie odkrywcza, sprawia to jednak, że idealnie nadaje się wszędzie- do kina, na spacer czy elegancką kolację :).
Ostatnio moje serce podbił Tymczasowy Butik tfh przy ul. Szpitalnej 8 w Warszawie. Mają tam naprawdę zjawiskowe ciuchy, każdy znajdzie coś dla siebie. Nabyłam tam piękną bluzkę oversize ( seria „Obrazy Do Noszenia”) i kolorowe legginsy w kwiaty (możliwe, że wezmą one udział w którejś z kolejnych stylizacji).
Jeżeli macie dosyć klasycznych, smutnych kolorów i standardowych krojów ubrań, wybierzcie się do tfh po coś nowego, szalonego i przełamującego Wasz dotychczasowy styl. Gwarantuję szybką poprawę humoru!
IMG_4391
IMG_4377
IMG_4375
IMG_4384
IMG_4392
IMG_4394
IMG_3949
Jeżeli zainteresował Was ten magiczny butik, zapraszam do odwiedzenia jego strony na facebooku:
https://www.facebook.com/TFHbutik
S

Zwykły wpis