Dusza

Czasami trzeba odpuścić

Ostatnio coraz częściej nachodzą mnie myśli związane z odpuszczaniem. Sobie – tego, czego nie potrafimy zmienić z bogatej palety różnobarwnych wad i niedoskonałości naszej ograniczonej osobowości. Swoich planów – gdy okazuje się, że niezależnie od tego, jak doskonale przerobiliśmy je i opracowaliśmy w głowie, spalają na panewce. Gdy tak bardzo staramy się dosięgnąć ideału, że zapominamy, że czasami wymagamy od siebie zbyt wiele. Nie jesteśmy w stanie zmienić świata – a przynajmniej nie od razu i nie za jednym zamachem. Zazwyczaj zmiana to żmudny, czasochłonny proces prób i błędów, czasami również strzałów na ślepo, całkowicie w ciemno. Nie zawsze możemy mieć pewność, że wyjdzie nam na dobre. Jednak czy nie właśnie w tej nieprzewidywalności zmiany, jej zagadkowości, nieokiełznanym charakterze, zawarte jest jej piękno?

Zastanawiacie się pewnie, jak pragnienie zmiany ma się do odpuszczania sobie. Przecież równie dobrze mogę być wobec siebie pobłażliwą i odpuścić sobie jakiekolwiek działanie, prawda? Problem w tym, że czasami, niezależnie od tego, co podpowiadają nam głosy z zewnątrz, nasza intuicja już wie, że nadszedł czas, by z czymś skończyć. Po prostu czujemy, że coś (np. sposób odżywiania się, jakiś rodzaj sportu – stare nawyki, rytuały) lub ktoś już nam nie służy, w jakiś sposób ogranicza nasz rozwój, ściąga w dół, gdy czujemy, że moglibyśmy zdobywać szczyty!

Na tym właśnie chciałabym skupić się w dzisiejszym poście – na świadomości, kiedy się poddać. Na umiejętności pogodzenia się z faktem, że czas już najwyższy, by spróbować czegoś nowego. Już wiele razy do tej pory pisałam na forum mojego bloga o korzyściach, jakie płyną z przekraczania swojej strefy komfortu, choćby wystawiało się za nią zaledwie duży palec u nogi! Założę się, że najpiękniejsze wspomnienia, jakie zebraliście w ciągu swojego życia, wiązały się właśnie z podejmowaniem ryzyka, wychylaniem się poza utarte schematy postępowania, dawne, często szkodliwe nawyki.

Jeśli chodzi o mnie, to mogę Was zapewnić, że właśnie w chwilach, które wymagały ode mnie najwięcej odwagi (a jednym z takich momentów było założenie tego bloga i opublikowanie pierwszego tekstu 24 lipca 2012 roku), czułam się najbardziej spełniona. Szczególnie wtedy, gdy musiałam wykazać się bardziej kreatywną, twórczą stroną swojego charakteru! Kiedy tak zatracałam się w wykonywanej czynności, że zapominałam o bożym świecie, odkrywając w sobie niewyczerpane pokłady inspiracji, motywacji, ba! – nawet chęci działania.

Niekiedy boimy się coś zacząć, bo czujemy się nowicjuszami. Wmawiamy sobie, że w jakiejś dziedzinie mamy zerowe doświadczenie/jesteśmy jedynie żółtodziobami/amatorami, podczas gdy jest przecież tylu wykształconych, znanych, niedoścignionych specjalistów! Chowamy się za wymówkami: „Wciąż jeszcze się tego uczę”, „Nie zdobyłam całkowitej wiedzy w tym zakresie”, „Muszę najpierw przyswoić sobie teorię, którą później przetestuję w praktyce”. I owszem, wiele z tych wykrętów brzmi poważnie i wiarygodnie. Wiadomo, że w wielu sferach nie obędzie się bez zaplecza naukowego. Nie możemy, dajmy na to, ratować komuś życia, nie mając pojęcia o budowie ludzkiego ciała! Problem pojawia się wtedy, gdy zdobędziemy już potrzebną wiedzę i dalej nic z tym fantem nie robimy! Mimo, iż w środku aż kipimy, gotujemy się do działania!

Wierzcie mi – znam to uczucie. Nie ma nic gorszego, niż stanie się więźniem swych własnych wymówek, zwłaszcza, gdy wiemy, iż jesteśmy już (dawno) gotowi, by wprowadzić plan w życie. Dlatego ważne jest, byśmy czasem umieli sobie odpuścić. Poświęcić naszą fantazję o perfekcji/doskonałości w jakimś zakresie, na rzecz rzeczywistej aktywności.

Mimo uczucia niepewności. Na przekór lękowi przed porażką.

Spełnianie marzeń nie jest luksusem, na jaki mogą pozwolić sobie nieliczni, a obowiązkiem dla każdego, kto pragnie pozostać przy zdrowych zmysłach i oszczędzić sobie późniejszych wyrzutów sumienia, fali rozczarowania i niezadowolenia z siebie. Dlatego czytelniku, który czytasz te słowa – jeśli jest coś, z czym zwlekasz, mimo, iż cichy głosik w Twojej głowie podpowiada, że już czas, by zacząć działać – nie katuj się dłużej. Zazwyczaj intuicja wie pierwsza, co jest dla nas dobre. Musisz jej zaufać,uwierzyć, że chce dla Ciebie tego, co najlepsze. Czasami to znaczy, że trzeba zrezygnować z czegoś lub kogoś, co/kto powstrzymuje nas przed prawdziwym, pełnym, świadomym życiem. I chociaż czasami boli jak cholera – warto.

Na koniec chciałabym opowiedzieć Wam swoją historię. Kilka dni temu, na początku lata stwierdziłam, że pozwoliłam jednej, dość toksycznej osobie całkowicie nad sobą zapanować. (Odwoływałam się też do niej w ostatnim poście przed zawieszeniem bloga – O ludziach – dementorach – pamiętacie?). Stałam się od niej zależna, mało brakowało, bym się od niej uzależniła. Postanowiłam, że potraktuję te wakacje jako szansę, by wyzwolić się z jej więzów, odzyskać trochę niezależności, przywrócić sobie poczucie godności, tego, że nie potrzebuję drugiego człowieka, by mnie dopełnił, bo sama jestem niczego sobie całością. Wróciłam do jazzu (przez ostatnie tygodnie odmawiałam go sobie z powodu końca roku i egzaminów trymestralnych), czytania fascynujących powieści (aktualnie pożeram Królów przeklętych Maurice Druon na zmianę z 7 nawykami skutecznego działania Stephena Coveya), pisania. Niesamowite, jak poczucie odzyskiwania krok po kroku utraconej odrębności działa na człowieka! Czuję się silniejsza, bardziej świadoma tego, czego chcę od życia, ale i mam wrażenie, że postępuję teraz (bardziej niż dawniej) w zgodzie ze sobą. Mam też poczucie sprawczości – wiem, że jestem już gotowa, by zacząć coś nowego.

Mam nadzieję, że na Was też spłynie nieco inspiracji, by walczyć o marzenia, nawet jeśli wydają się odległe, a podjęcie drogi do ich spełnienia wymaga poświęcenia tego, co już Wam nie służy. Pamiętajcie, że ja też musiałam w tej kwestii zacisnąć zęby i odpuścić sobie kogoś, kto dawniej wiele dla mnie znaczył… dlatego, że wiem, że już czas na zmianę.

Powodzenia i Wam!

Subtelna

Zwykły wpis
Dusza

O ludziach – dementorach

IMG_9620

weheartit.com

Czasami jesteśmy tak zahipnotyzowani daną osobą, że nawet nie dostrzegamy, gdy składa na naszych wargach Pocałunek Śmierci.

Ostatnio nie mogę uwolnić się od myśli, że ciągnie mnie do niedostępnych, chłodnych chłopaków ze skłonnościami do manipulacji, a nawet przemocy – i to zarówno słownej, jak i fizycznej. Nie potrafię tego zrozumieć…

Kiedy stałam się dziewczyną, którą interesuje jedynie wygląd? I dlaczego tak łatwo mi zapomnieć o wszelkich wadach danego faceta, bo „jest nieziemsko przystojny”?! Nie znoszę tego w sobie. Wstydzę się. Jest mi z tego powodu makabrycznie głupio. Mam ochotę, wzorem Zgredka, przytrzasnąć sobie uszy drzwiczkami do piekarnika. Przecież jestem oczytaną, rozgarniętą młodą kobietą, która powinna doskonale wiedzieć, w co się pakuje, zakochując się w… manipulatorze? Oszuście? Flirciarzu? Nie potrafię go nawet nazwać. Zwyczajnie brak mi słów, by określić, kim dokładnie jest. Jedno wiem na pewno – nie jest chłopakiem dla mnie. Może mieć te swoje nieziemskie oczy, idealnie wyrzeźbione ramiona, zabójczy uśmiech… Ale już dosyć. Enough is enough. Dlaczego?

Bo w głębi duszy wiem, że nie. Bo samo śliczne opakowanie nie świadczy o zawartości. Może skusić, umiejętnie przyciągnąć uwagę – ba, nawet podbić serce! Jednak na dłuższą metę to, co się liczy, to osobowość. Jaka ta osoba jest naprawdę, głęboko w środku? Czego nie przyćmi nawet najbardziej urzekająca powierzchowność? Jeżeli ktoś jest z gruntu zły, prędzej czy później odsłania przed nami swe brzydkie, odpychające oblicze. Z drugiej strony, gdy ta osoba jest wewnątrz ciepła, dobra, troskliwa – wszystkie te cechy opromieniają ją światłem, sprawiają, że chce się koło niej przebywać, mimo, iż nie zawsze wpisuje się ona w klasyczny kanon piękna.

Wyznam bez ogródek – ostatnio się sparzyłam. Osoba, którą obdarzyłam całym moim zaufaniem, przez pewien (krótki!) czas bardzo mi bliska, którą nazywałam moim przyjacielem, a niekiedy nawet bratnią duszą (tutaj rada: nigdy nie śpieszcie się z określaniem w ten sposób dopiero co poznanej osoby. Pamiętajcie, że wszystko się jeszcze może zmienić. Absolutnie, dosłownie, całkowicie wszystko.), okazała się… krótko mówiąc nieprzyjemnym człowiekiem. Najlepsze jest to, że od początku miałam co do niej wątpliwości. Intuicja podpowiadała mi, że to się dobrze nie skończy. Z niezrozumiałych dla mnie teraz powodów, dużo przyjemniej było mydlić sobie oczy, ignorować coraz wyraźniej rysujące się wady tej postaci, drobne, szpetne skazy na gładkiej i lśniącej powierzchni kamienia szlachetnego. Byłam zaślepiona jego blaskiem, gotowa na wielkie poświęcenie, byle tylko móc rozkoszować się jego widokiem. W pewnym momencie zakochałam się po uszy. Były lepsze i gorsze dni – gdy wydawało mi się, że odwzajemnia moje uczucia i, wręcz przeciwnie – kiedy zalewałam się łzami, bo znów mnie skrzywdził. A ranił mnie zazwyczaj wtedy, gdy najmniej się tego spodziewałam, w chwilach, kiedy byłam spokojna co do swoich i jego uczuć. Teraz już wiem, że bałam się spojrzeć prawdzie w oczy. Oglądałam rzeczywistość przez różowe okulary, żyłam marzeniami, kreowałam w głowie setki, tysiące bajecznych wizji, mimo, iż nie miałam do tego najmniejszych podstaw. Unosiłam się na obłokach snów, byłam na mentalnym haju, choć w środku czułam się pusta, nieszczęśliwa, a moje poczucie wartości kruszyło się i rozpadało w zastraszającym tempie. Aż wreszcie, pewnego dnia – a był to, nie przymierzając, piątek 13 – zrozumiałam: nie mogę tak dalej żyć. Nie wolno mi marnować swego cennego czasu na relacje z toksycznymi ludźmi, wysysającymi ze mnie wszelkie pozytywne myśli. I wtedy w mojej głowie, znikąd, pojawiła się myśl:

Niektórzy ludzie to dementorzy. Potrzeba silnego patronusa, by się przed nimi obronić. 

Zaczęłam rozmyślać nad tym, w jaki sposób mogę uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości. Słowem: jak zapobiec ponownemu zauroczeniu chłopakiem, który jest niczym wydmuszka – z zewnątrz atrakcyjny i pociągający, ale pusty w środku? Jak odróżnić iluzję od prawdy? I najważniejsze: co zrobić teraz? Jak wybrnąć z obecnej sytuacji?

Chciałabym móc powiedzieć, że w mojej głowie od razu powstał szczegółowy plan działania. Że, jak za dotknięciem magicznej różdżki, wystarczyło jedno słowo i pojawiło się gotowe rozwiązanie. Bynajmniej!

Prawdę mówiąc, wciąż szukam odpowiedzi. Ale głęboko wierzę, że z każdym dniem jestem bliżej jej znalezienia. Wciąż jeszcze mam nadzieję, że przelewając swój strach i bezradność na papier, znajdę ukojenie, wsparcie i motywację, by iść naprzód, nie oglądając się za siebie. Na razie mam jedynie pewność, że postąpiłam właściwie, odcinając się od Niego. Może czas, bym przestała oczekiwać, że inni zabliźnią moje rany i zajęła się leczeniem ich na własną rękę?

Czy kiedykolwiek znaleźliście się w podobnej sytuacji? Jeśli tak – co sprawiło, że udało Wam się wyjść na prostą?

Jaką postać przybrał Wasz patronus?

S.

Zwykły wpis
Dusza

(Uśpiona) moc intuicji

Śmieję się teraz z samej siebie! Dlaczego? Bo po ośmiomiesięcznej nieobecności na blogu przyrzekłam sobie, że jeśli jednak się złamię i wrócę na Polub siebie, to otworzę serię nowych tekstów jakimś lekkim, niezbyt wymagającym i inwazyjnym wpisem, który pozwoli mi świadomie i spokojnie wejść w rytm odpowiedzialnej, piszącej regularnie blogerki. Jednak tak już jest z tą moją konsekwencją – pojawia się wtedy, gdy chce, a już najrzadziej wtedy, kiedy usiłuję ją ściągnąć siłą! 😉

***

IMG_9495

weheartit.com

Ostatnio zastanawiałam się, jak często słucham swojej intuicji. W jakich okolicznościach i przy jakich czynnościach dopuszczam ją do głosu? Czemu zdarza mi się tłumić w sobie ten wewnętrzny głos, możliwe, że z lęku, że ma rację?

Czy nawiedziły Was kiedyś takie myśli? Że, być może, w środku, głęboko pod powierzchnią już znacie prawdę, która w Was rośnie i rośnie, niczym Alicja po zjedzeniu magicznego ciasteczka?

I to jedynie od nas zależy, czy pozwolimy jej osiągnąć pełnię kształtu, czy będziemy ją tłamsić, wymawiać się przed nią czy tchórzyć.

Dobrze, w tym momencie już muszę się Wam do czegoś przyznać – pomysł na ten tekst nie przyszedł out of the blue. On także powoli rósł w mojej duszy, dojrzewał, czekał na odpowiedni moment – a o przelaniu go na papier w dużej mierze zadecydowała książka, którą dosłownie pochłaniałam na feriach zimowych: Biegnąca z wilkami, Clarissy Pinkoli Estes. Jest to zbiór esei feministycznych, mała podręczna biblia dla kobiet w każdym wieku i sytuacji życiowej. Jej kartki skrywają Prawdę, a lektura tej pracy jest tak fascynująca i wstrząsająca…

W pewnym momencie aż przeraził mnie fakt, że być może, tak naprawdę, w rzeczywistości… nie muszę pytać nikogo o radę. Że mogę w życiu kierować się tylko i wyłącznie swoimi przeczuciami, zdając się na wyłącznie na ich pozytywny lub negatywny charakter. Brzmi niezwykle radykalnie, prawda? Aby zobrazować Wam to, co pragnę tym tekstem przekazać, opowiem Wam historię z życia wziętą. (Możliwe, że dzieliłam się już nią na forum bloga, jednak chciałabym odświeżyć ją na potrzeby tego wpisu, no i oczywiście zaznajomić z nią nowych czytelników :)). Witam Państwa!).

W trzeciej klasie gimnazjum bardzo ambitnie przygotowywałam się do egzaminów wstępnych do pewnego świetnego, warszawskiego liceum. Potrafiłam mieć półtoragodzinne korki z matematyki 4-5 razy w tygodniu, oprócz tego codziennie przerabiałam jeden próbny egzamin (matma, polski, angielski) z poprzednich lat. Nie wiedziałam tego wtedy, ale dzisiaj jestem już świadoma – całą tą ciężką pracą, chorobliwą ambicją i całkowitym skupieniem na tzw. papierkowej robocie starałam się zagłuszyć swoje wątpliwości, brak przekonania i to moje niepowstrzymane pragnienie, przeklęty ośli upór, by wybrać drogę rzadziej uczęszczaną, a nie kierować się tylko i wyłącznie radami osób z zewnątrz. To ostatecznie moje życie i nikt bardziej ode mnie nie będzie cieszył się/rozpaczał po wyborze tej a nie innej szkoły.

Z determinacją ignorowałam przeczucie, uznając pierwsze obawy za wskazówkę, że powinnam pracować jeszcze ciężej. W dniu egzaminu nie czułam żadnych emocji. (A wiedzcie, że na co dzień jestem mega wrażliwą i uczuciową osobą, dlatego też już sam fakt, że do egzaminu podchodziłam z chłodną obojętnością powinien zapalić w mojej głowie lampkę ostrzegawczą, wywołać wycie syreny i sygnały dymne!).

I wiecie co…

Los zadecydował za mnie.

Nie zdałam!

Gdy poznałam końcowy werdykt, najbardziej zdumiał mnie właśnie fakt, że nie czułam niczego ponad ulgę i spokój. Już wtedy wiedziałam, że nie mam wyjścia – oprócz elitarnej szkoły z czołówki rankingu brałam jeszcze pod uwagę nie-takie-znowu-ambitne liceum na Pradze. A jednak wizja siebie w nowej szkole, zaczynającej (ZNOWU) od początku podziałała na mnie silniej, niż wizualizacja swojego sukcesu na egzaminie. Byłam po prostu pewna, że tak będzie lepiej. I w istocie, tak jest!

Dlatego, parafrazując Basila Fawlty’ego z kultowego, ubóstwianego przez całą moją rodzinę serialu Hotel Zacisze:

Dzięki Ci Boże, serdeczne Ci dzięki!!!

(Co prawda Basil połączył ten drobny rytuał wdzięczności z przygryzaniem wargi, marszczeniem brwi i i wygrażaniem pięścią niebu z miną wściekłego psa, ale jednak… podziękował!).

Jaki morał z tej historii?

Słuchajcie podszeptów swej Intuicji. Gdy jesteście do czegoś absolutnie przekonani, postawcie na to. Kiedy nie jesteście pewni, czy to właśnie to, czego pragniecie – wstrzymajcie się.

A dzisiejszy tekst potraktujcie z przymrużeniem oka. W ostatecznym rozrachunku nikt inny, tylko Wasz Wewnętrzny Głos może udzielać Wam rad. Bo on się rzadko myli. A gdy już tak się dzieje – pozostaje wiara w przeznaczenie i zdanie się na los.

Nawiasem mówiąc – wyjątkowo mało pro aktywne zakończenie ambitnego tekstu. Ale, ale! Intuicja podpowiada mi, że będę miała jeszcze mnóstwo zagrzewających do walki, podnoszących na duchu tekstów dla swoich czytelników w 2015 roku.

Trzymajcie rękę na pulsie, bo właśnie wróciłam do gry!

S.

Zwykły wpis
Dusza

Pierwszy krok rzadko bywa do tyłu

IMG_7088

weheartit.com

Uwielbiam ryzyko.

Jestem specjalistką w dziedzinie przysłowiowego „rzucania się na głęboką wodę“,zarówno w teorii, jak i praktyce. Może zabrzmi to nieskromnie, jednak ja po prostu jestem tego świadoma. Niektórzy myślą o mnie „wariatka“. A mi najbardziej odpowiada określenie „ryzykantka“.

Miałam w życiu okres, kiedy postanowiłam zmienić siebie radykalnie. Na początku przeszkadzały mi moje włosy. Były długie i gładkie, ale rzadkie, na dodatek elektryzowały się w choćby krótkim kontakcie ze szczotką. Postanowiłam, że zmienię fryzurę. Ścięłam włosy… na krótko. Mimo, że niektóre koleżanki – a nawet przyjaciółka –przekonywały, że będę żałować tej decyzji. Czy żałowałam ? A w życiu! Gdybym  teraz miała znów wybierać – zrobiłabym to jeszcze raz! Krótkie włosy stały się moją cechą charakterystyczną, wizytówką, którą noszę z dumą i satysfakcją. I oczywiście – wszystko zależy od fryzjera. Mój jest absolutnie zjawiskowy. Myślę jednak, że to, jak przyjmiemy nowy wizerunek samego siebie już w 100% zależy od nas. Czy powiemy sobie komplement ? Pogratulujemy odwagi, nawet jeżeli efekt nie do końca nas zadowala (a w moim przypadku jak najbardziej zadowalał!). Czy może załamiemy się, będziemy rwać włosy z głowy, jęczeć, uskarżać się i stękać „jak ja mogłam zrobić sobie coś takiego?!“. Żeby coś zmienić, trzeba najpierw dojrzeć do zmiany. Nie da się zastąpić starych nawyków/cech charakteru/ myśli/uczuć/elementów wyglądu i zachowania nowymi, jeśli nie jesteśmy pewni, że to jest właśnie to, czego w danym momencie życia potrzebujemy. To proste, jednak nie każdy ma tego świadomość.

Ufam zmianom. I tym łagodnym , pozornie nieistotnym, jak i ich gwałtowniejszym, bardziej widocznym i odczuwalnym odpowiedniczkom. Uważam, że każdy z nas ma kilka obliczy i jedynie od niego samego zależy, czy pokaże je wszystkie, czy może całe życie będzie trwał przy jednym i tym samym obrazie. I to też jest dobre, jeśli lubi się rutynę, spokój i stabilizację.

Przy mojej szalonej osobowości, uwielbieniu dla zmian wszelkiego typu i w każdej dziedzinie, nauczyłam się, że choćby niewielka metamorfoza co jakiś czas jest dla mnie zbawienna. Podobnie, jak modyfikacja fryzury odświeżyła mój sposób postrzegania siebie i świata, tak przeniesienie się do innego gimnazjum pomogło mi odkryć w sobie cechy, o które nawet siebie nie podejrzewałam! To było niezwykłe, cudowne, na swój sposób straszne, a jednocześnie ekscytujące – móc obserwować swoje zachowanie w nowym środowisku, budować od początku swoją tożsamość. Zadziałało na mnie jak zimny prysznic – nagle uświadomiłam sobie, że zmiany są mostem do innego życia. Mogą pomóc ci zajrzeć w głąb siebie, dostrzec i zrozumieć, co jest dla ciebie odpowiednie, ważne i wartościowe. Dla mnie taką wartością samą w sobie jest mój blog – internetowy pamiętnik, w którym zapisuję swoje spostrzeżenia, pomysły, pragnienia, wątpliwości, troski i radości. Kiedyś założenie własnej strony uważałam za przywilej, przysługujący jedynie doświadczonym, ponad przeciętnie inteligentnym przedstawicielom gatubku ludzkiego (dokładnie tak to kiedyś widziałam – naprawdę! ). Dzisiaj opublikowanie tekstu nie jest dla mnie żadnym wielkim osiągnięciem, a jedynie wywiązaniem się z obowiązku). Jednak wciąż uważam, że rozpoczęcie Polub siebie było punktem kulminacyjnym w moim – prawie szesnastoletnim – życiu.

Myślę, że jak na dłoni widoczne jest, co pragnę Wam przekazać powyższym tekstem. Ryzykujcie! Jeśli pragniecie czegoś z całego serca i uczynicie choć jeden krok na drodze do realizacji tego marzenia, nie będziecie żałować. Z dwojga złego: albo zatrzymacie się na początku ścieżki, albo złapiecie wiatr w żagle i popłyniecie dalej. Małe prawdopodobieństwo, że się cofniecie bo…

Pierwszy krok rzadko bywa do tyłu.

A Wy nie macie nic do stracenia!

(Zapamiętajcie to i powtarzajcie niczym mantrę, ilekroć nawiedzą Was wątpliwości!).

S.

 

 

 

 

Zwykły wpis
Dusza

Proszę o doping !

Ostatnio jestem na głodzie zmiany. Prowadzę bloga już od niemal 2 lat, a wciąż mam wrażenie, że jest jakaś bariera między mną a pewnymi tematami – granica, której nie potrafię przełamać. Mimo, że uważam się za w miarę ogarniętą, oczytaną młodą kobietę, wciąż jeszcze boleśnie odczuwam granicę dzielącą mnie od pewnych marzeń. Są to pragnienia, które wywołują na policzkach rumieniec wstydu, a jednocześnie dodają blasku oczom i wprawiają serce w drżenie z ekscytacji. Macie czasem wrażenie, że spełnienie marzeń jest już tylko na wyciągnięcie ręki, a jedyne, co Was powstrzymuje przed uczynieniem kroku to strach tak silny, że aż nieustępujący ? Najgorsze jest to, że zazwyczaj sami ten strach tworzymy, owijamy się nim niczym miękkim kocem, ponieważ on daje nam poczucie bezpieczeństwa. Dopóki obawa przed działaniem jest silniejsza, niż chęć wykonania danej czynności, dopóty nic nam nie grozi. Jest nam ciepło i wygodnie w naszej twardej skorupce, nie chcemy (a raczej wmawiamy sobie aż do skutku, że nie mamy ochoty) wychylić głowy na zewnątrz, mimo, że Wielki Świat może nas czegoś nauczyć. Nawet, jeżeli spotka nas porażka, bo doświadczając niepowodzenia bezpośrednio na własnej skórze – a nie tylko przyglądając się, jak inni spadają z drabiny sukcesu) – możemy nareszcie poczuć, że żyjemy! Taki zimny prysznic jest wspaniałym lekarstwem na chandrę, brak pewności siebie , spadek nastroju… Orzeźwia i otrzeźwia umysł i ciało.

Dzisiaj rano zafundowałam sobie taki kubeł lodowatej wody. Uświadomiłam sobie, że pozwalam, by życie przeciekało mi przez palce i, mimo, że mam teraz mnóstwo wolnego czasu, nie robię nic, by zbliżyć się do moich marzeń – przynajmniej według siebie samej. Co się stałą z pełną pozytywnej energii, gotową, by walczyć o swoje fantazje Subtelną ? Jeszcze niedawno regularnie dopuszczałam ją do głosu, pozwalałam jej popuścić wodze wyobraźni i realizować się na stronie mojego bloga! Ostatnio bardzo ją zaniedbałam, tłamsiłam i tłumiłam w sobie jej cichy głosik, który namawiał, bym wróciła na Polub siebie.

Jak zwykle musiała wszystko popsuć!

Było mi tak przyjemnie, kiedy wylegiwałam się w łóżku z niewymagającą powieścią, popijałam mrożoną kawusię i opalałam się w słońcu ! A tu niespodziewanie zjawiła się ta niewdzięcznica i wywołała u mnie płacz i zgrzytanie zębów, a przede wszystkim – poczucie winy.

„Weź się w garść, Miśka! Wracaj tam, gdzie Twoje miejsce, do czytelników i bloga. To jest właśnie to, co kochasz i robisz najlepiej. Nie możesz bez tego żyć – jesteś wtedy niczym ta przysłowiowa ryba bez wody. Dusz rupę, rusz dupę, nieważne, jak to nazwiesz. Tylko zacznij działać, pisać, tworzyć… Nie oszukuj się, że jest ci dobrze, kiedy jedyne, czego pragniesz, to ponownie przemówić na forum Polub siebie. Nie duś tego w sobie – uwolnij duszę blogerki!”.

Sami widzicie, że nie jest z nią łatwo. Potrafi być brutalna, niesforna, samolubna i despotyczna. Niestety, prawda jest taka, że Subtelna jest moim jedynym ratunkiem. Zwariowałabym bez jej trzeźwości umysłu.

Dlatego dzisiaj, 2 maja 2014 roku… Nie składam żadnych deklaracji. Nie obiecuję, że znów będę systematyczną, przykładną internetową pisarką. Wiem, jedynie, że wymarzony dla mnie stan równowagi psychicznej to zdrowy balans między Miśką z głową w chmurach, a Subtelną twardo stąpającą po ziemi. Teraz chcę, by obie dziewczyny zjednoczyły siły i stworzyły coś razem.

Wspólnie.

S.

P.S Nota do czytelników: nie miejcie najmniejszych skrupułów, żeby mi wygarnąć kiedy czujecie, że jest mnie tutaj za mało! Pamiętajcie, że jedyne, co może mnie Wam przywrócić, to właśnie uwagi, które wzbudzają u mnie wyrzuty sumienia. Okrutne, lecz prawdziwe. Zacznijcie najlepiej od zaraz.

 

 

 

Zwykły wpis
Dusza

To, co (czasem) tuż przed oczyma

IMG_6279
weheartit.com

Wierzycie w teorię o „bratniej duszy” ? O osobie, którą spotykacie (często przypadkowo) lub poznajecie (nierzadko w niesprzyjających okolicznościach), zaczynacie rozmawiać i nagle prawda godzi w Was z prędkością galopującego wierzchowca…
To przeznaczenie. On/a jest moją bratnią duszą !

Niektórym ta wiara w przeznaczenie, w zdumiewający zbieg okoliczności, który radykalnie zmienia życie, wydaje się naiwna, głupia, dziecinna…

A ja wierzę! Nic na to nie poradzę, a i w sumie nie chcę. Mam naturę romantyczki podobnie jak Ania z Zielonego Wzgórza, wierzę w czary, magię, pokrewieństwo dusz, dwie cząstki jabłka. Czasami aż sama siebie zadziwiam tym, co siedzi w mojej głowie, własnymi przekonaniami, zaskakującymi pomysłami. I tą pewnością, że to, co właśnie mówię, robię, myślę, jest mi potrzebne i właściwe. Osoba, z którą rozmawiam – ważna. Powieść, którą czytam – inspirująca. Film, jaki oglądam – motywujący.

Szukam i staram się odkryć inne znaczenie, drugie dno, ukryte przesłanie. Często mi się udaję! A jeśli – mimo wielu prób – nie potrafię wyłowić perły, poddaję się z czystym sumieniem.

Niedawno spotkałam bratnią duszę. Kogoś, kto naprawdę mnie rozumie, podziela moje pasje i wspiera mnie. Osobę, która pomogła mi odkryć moją wewnętrzną siłę, dała mi energię do działania i radość życia. Dzięki niej stałam się lepszą wersją samej siebie. Choć na jeden dzień.
Niesamowite uczucie.

Życzę Wam, żebyście doświadczyli kiedyś tego samego! 🙂 A może… już znaleźliście pokrewną duszę, ale jeszcze nie zdajecie sobie z tego sprawy ?

Czasem nie dostrzegamy tego, co mamy tuż przed oczyma.

Zwykły wpis
Dusza

Demon Tworzenia

Chyba każdy pisarz staje kiedyś przed tym problemem. Najgorsze jest to, że wrażenie, jakie ten kłopot wywołuje często bywa zniechęcające i demotywujące. Pisarz zaczyna zastanawiać się nad każdym słowem, zdaniem, akapitem, udoskonalać każdy wyraz „na bieżąco”. Ciągle ma wrażenie, że jego tekst jest daleki od ideału, niekompletny.  Autor boi się niezrozumienia. 

Co jeśli… czytelnicy nie zachwycą się jego pomysłem? A może zwyczajnie go „zjadą” za brak logiki w jego tekstach, skrytykują styl pisania, nie spodoba im się temat i dobór słów?
Bloger zaczyna wpadać w panikę. Denerwuje się przed publikacją, mocno zaciska powieki i zamyka stronę bloga. Czeka na najgorsze… które nigdy nie nadchodzi.

Obawę autora przed krytyką nazwałam Demonem Tworzenia. Demon ten podszeptuje autorowi, żeby poprawiał swoje myśli, idealnie odmierzał linijki, skupiał się bardziej na estetyce niż myśli, jaką pragnie przekazać swoim tekstem. Potwór przysiada na ramieniu pisarza, mruczy cicho do jego ucha, namawia go, by się poddał zanim będzie za późno…

Napisz to jutro – namawia demon – Dzisiaj jesteś już zmęczony i pleciesz bzdury. Nikt tego nie przeczyta. Nie tak to sobie wyobrażałeś. Z każdym zdaniem jest coraz gorzej. Zakończ to jak najszybciej!„.

Naprawdę ciężko zebrać myśli, kiedy do ucha szepce Demon Tworzenia. Można go pokonać tylko sumienną, ciężką pracą. Nie jest to przyjemne, ale kto powiedział, że praca pisarza zawsze jest słodka, miła i łatwa ? Często zamienia się w prawdziwą harówę w pocie czoła. Nierzadko trzeba zmusić się do napisania kilku słów, nawet zwłaszcza, kiedy nie ma się na to najmniejszej ochoty. Ale warto! Dla satysfakcji, którą odczuwa każdy autor po skończeniu pracy. Dla przyjemności, jaką jest czytanie komentarzy zachwyconych tekstem czytelników. Dla dumy z samego siebie i poczucia, że pokonało się przeszkody i ,mimo wszystko, wyszło na prostą.

Sam proces tworzenia, choć bywa uciążliwy i wyczerpujący, jest piękny. Pozwala nam skupić się na jednej rzeczy i poświęcić się jej całą głową i sercem. Wprowadza tak nam potrzebną harmonię i ład do szarej codzienności. Daje nam okazję, by się wyciszyć, uspokoić, wejść w rytm pracy. Przenieść się do innego świata… Świata naszej pasji.

Nieważne, czy malujemy na szkle, ozdabiamy jajka techniką dekupażu, projektujemy biżuterię, dekorujemy pierniczki kolorowym lukrem… Każda czynność która pozwala nam zbliżyć się do samego siebie, wsłuchać się w swoją duszę, jest dla nas ważna i nam potrzebna. W każdej dziedzinie może nawiedzić nas DT, jednak to do nas należy ostateczna decyzja:

Czy damy sobie wejść na głowę ?

A czy Was prześladuje czasem Demon Tworzenia? Jak sobie z nim radzicie?

Zwykły wpis