Dusza

(Uśpiona) moc intuicji

Śmieję się teraz z samej siebie! Dlaczego? Bo po ośmiomiesięcznej nieobecności na blogu przyrzekłam sobie, że jeśli jednak się złamię i wrócę na Polub siebie, to otworzę serię nowych tekstów jakimś lekkim, niezbyt wymagającym i inwazyjnym wpisem, który pozwoli mi świadomie i spokojnie wejść w rytm odpowiedzialnej, piszącej regularnie blogerki. Jednak tak już jest z tą moją konsekwencją – pojawia się wtedy, gdy chce, a już najrzadziej wtedy, kiedy usiłuję ją ściągnąć siłą! 😉

***

IMG_9495

weheartit.com

Ostatnio zastanawiałam się, jak często słucham swojej intuicji. W jakich okolicznościach i przy jakich czynnościach dopuszczam ją do głosu? Czemu zdarza mi się tłumić w sobie ten wewnętrzny głos, możliwe, że z lęku, że ma rację?

Czy nawiedziły Was kiedyś takie myśli? Że, być może, w środku, głęboko pod powierzchnią już znacie prawdę, która w Was rośnie i rośnie, niczym Alicja po zjedzeniu magicznego ciasteczka?

I to jedynie od nas zależy, czy pozwolimy jej osiągnąć pełnię kształtu, czy będziemy ją tłamsić, wymawiać się przed nią czy tchórzyć.

Dobrze, w tym momencie już muszę się Wam do czegoś przyznać – pomysł na ten tekst nie przyszedł out of the blue. On także powoli rósł w mojej duszy, dojrzewał, czekał na odpowiedni moment – a o przelaniu go na papier w dużej mierze zadecydowała książka, którą dosłownie pochłaniałam na feriach zimowych: Biegnąca z wilkami, Clarissy Pinkoli Estes. Jest to zbiór esei feministycznych, mała podręczna biblia dla kobiet w każdym wieku i sytuacji życiowej. Jej kartki skrywają Prawdę, a lektura tej pracy jest tak fascynująca i wstrząsająca…

W pewnym momencie aż przeraził mnie fakt, że być może, tak naprawdę, w rzeczywistości… nie muszę pytać nikogo o radę. Że mogę w życiu kierować się tylko i wyłącznie swoimi przeczuciami, zdając się na wyłącznie na ich pozytywny lub negatywny charakter. Brzmi niezwykle radykalnie, prawda? Aby zobrazować Wam to, co pragnę tym tekstem przekazać, opowiem Wam historię z życia wziętą. (Możliwe, że dzieliłam się już nią na forum bloga, jednak chciałabym odświeżyć ją na potrzeby tego wpisu, no i oczywiście zaznajomić z nią nowych czytelników :)). Witam Państwa!).

W trzeciej klasie gimnazjum bardzo ambitnie przygotowywałam się do egzaminów wstępnych do pewnego świetnego, warszawskiego liceum. Potrafiłam mieć półtoragodzinne korki z matematyki 4-5 razy w tygodniu, oprócz tego codziennie przerabiałam jeden próbny egzamin (matma, polski, angielski) z poprzednich lat. Nie wiedziałam tego wtedy, ale dzisiaj jestem już świadoma – całą tą ciężką pracą, chorobliwą ambicją i całkowitym skupieniem na tzw. papierkowej robocie starałam się zagłuszyć swoje wątpliwości, brak przekonania i to moje niepowstrzymane pragnienie, przeklęty ośli upór, by wybrać drogę rzadziej uczęszczaną, a nie kierować się tylko i wyłącznie radami osób z zewnątrz. To ostatecznie moje życie i nikt bardziej ode mnie nie będzie cieszył się/rozpaczał po wyborze tej a nie innej szkoły.

Z determinacją ignorowałam przeczucie, uznając pierwsze obawy za wskazówkę, że powinnam pracować jeszcze ciężej. W dniu egzaminu nie czułam żadnych emocji. (A wiedzcie, że na co dzień jestem mega wrażliwą i uczuciową osobą, dlatego też już sam fakt, że do egzaminu podchodziłam z chłodną obojętnością powinien zapalić w mojej głowie lampkę ostrzegawczą, wywołać wycie syreny i sygnały dymne!).

I wiecie co…

Los zadecydował za mnie.

Nie zdałam!

Gdy poznałam końcowy werdykt, najbardziej zdumiał mnie właśnie fakt, że nie czułam niczego ponad ulgę i spokój. Już wtedy wiedziałam, że nie mam wyjścia – oprócz elitarnej szkoły z czołówki rankingu brałam jeszcze pod uwagę nie-takie-znowu-ambitne liceum na Pradze. A jednak wizja siebie w nowej szkole, zaczynającej (ZNOWU) od początku podziałała na mnie silniej, niż wizualizacja swojego sukcesu na egzaminie. Byłam po prostu pewna, że tak będzie lepiej. I w istocie, tak jest!

Dlatego, parafrazując Basila Fawlty’ego z kultowego, ubóstwianego przez całą moją rodzinę serialu Hotel Zacisze:

Dzięki Ci Boże, serdeczne Ci dzięki!!!

(Co prawda Basil połączył ten drobny rytuał wdzięczności z przygryzaniem wargi, marszczeniem brwi i i wygrażaniem pięścią niebu z miną wściekłego psa, ale jednak… podziękował!).

Jaki morał z tej historii?

Słuchajcie podszeptów swej Intuicji. Gdy jesteście do czegoś absolutnie przekonani, postawcie na to. Kiedy nie jesteście pewni, czy to właśnie to, czego pragniecie – wstrzymajcie się.

A dzisiejszy tekst potraktujcie z przymrużeniem oka. W ostatecznym rozrachunku nikt inny, tylko Wasz Wewnętrzny Głos może udzielać Wam rad. Bo on się rzadko myli. A gdy już tak się dzieje – pozostaje wiara w przeznaczenie i zdanie się na los.

Nawiasem mówiąc – wyjątkowo mało pro aktywne zakończenie ambitnego tekstu. Ale, ale! Intuicja podpowiada mi, że będę miała jeszcze mnóstwo zagrzewających do walki, podnoszących na duchu tekstów dla swoich czytelników w 2015 roku.

Trzymajcie rękę na pulsie, bo właśnie wróciłam do gry!

S.

Zwykły wpis